Widzę i słyszę


Męskie rozmowy

W niedzielę uprawiam swoiście pojmowane nauki społeczne na giełdzie samochodowej. Czytelników, którym uaktywniły się stłumione skojarzenia, informuję, że chodzi wyłącznie o obserwację, podsłuchiwanie i rozpustę myślenia. Wyprawy na giełdę wymagają przyzwoitej koordynacji, by nie ulec zmiażdżeniu w tłumie, oraz ogólnej wytrzymałości na hałas, zapachy wszelakie i nieparlamentarne słownictwo.

Wśród bywalców coniedzielnej imprezy zdecydowanie przeważają mężczyźni. Panie występują w charakterze wyprowadzonych na spacer żon, oferujących towary handlarek czy – rzadko – wolnych strzelców (amazonek?). Często nadzorują zakup samochodu, oceniając jego kolor i kształty, podczas gdy małżonek nurkuje sprawdzając podwozie. Czasem wykazują zdumiewającą znajomość nowoczesnej techniki (na złość sprzedawcom), czasem straszliwą ignorancję. A czasem przychodzą po prostu kupić ciuchy. Dość popularne są wycieczki parami, chyba zamiast staromodnych randek w parkach.

Najpierw słychać szczekanie. Sprzedający psy stoją koło muru cmentarnego (tak, droga na giełdę prowadzi obok kwater tych, co już nie mogą handlować), niedaleko kłębią się panowie z „ostrzejszymi” kasetami wideo i zbieracze kart telefonicznych.

„Główna aleja” giełdy obstawiona jest z obu stron pojazdami mechanicznymi na czterech kołach, uporządkowanymi według marek. Zaczyna się od fiatów, a im dalej, tym nowocześniej. Sprzedający siedzą na barierce prowadząc żywiołowe dyskusje albo spoglądają zza szyb. Palą, czasem popijają piwo, ich słownictwo zniesmaczyłoby pewnie nawet Jerzego Pilcha, ponieważ nie klną z wdziękiem i profesjonalnie, a po amatorsku i ubogo. Gdzieś między samochodami stoi autobus, w którym mieści się bar.

Boczna „ulica” giełdy to raj dla sprzedawców ubrań, butów, części samochodowych i rowerowych. Tudzież zaradnych rodaków przywożących z Niemiec rozmaite rupiecie. Z ciekawszych bywają: kołowrotki, ramy bez obrazów, zlewy, wysiedziane fotele, wyszczerbione kubki, a raz nawet stylowy, brązowy sedes.

Swoje dzieła sprzedaje malarz – samouk, ktoś oferuje wyjątkowo tanie płyty kompaktowe, słychać muzykę. W tej scenerii odbywają się męskie rozmowy, które mam (bez)czelność zawsze podsłuchiwać. Do tej pory dotyczyły samochodów, kobiet (nie tylko „zalegalizowanych”) i działki (zwłaszcza u starszych bywalców). Podczas mojej ostatniej wyprawy stałam się jednak przypadkowym nausznym świadkiem spraw raczej bulwersujących.

Otóż głos raczej młodego osobnika konspiracyjnie zaczął „ale ją zaliczyłem”. Ten stereotypowy początek rozwinął się jednak w tyradę odpychającą. Usłyszany obywatel wśród rozlicznych zalet „zaliczonej” osóbki płci pięknej wymienił jej wiek – 15 lat. Po czym napomknął, że, cytuję „była już ruszana”, i zaczął snuć domysły na temat kazirodztwa (w stylu „tatuś ją nauczył”). Kiedy rozpoczął się szczegółowy opis wywiezienia dziewczyny za miasto i dwudniowej „zabawy”, dyskretnie się odwróciłam. Młodzieniec na oko dwudziestoparoletni, przystojny, nie żaden tam dresiarz, mówił do nieco starszego kumpla, bez zażenowania, ot tak, jakby opowiadał o naprawianiu samochodu. Nie udało się wywnioskować z rozmowy, czy był to gwałt, czy dziewczyna się zgodziła. Podobno w wypadku piętnastolatki nie ma to znaczenia.

Nie śniło mi się. Działo się na wolnym powietrzu, nie w żadnej melinie. Umiałabym narysować buzię tego gościa. Śliczną, a jakże. Jeśli ktoś powie: „Niemożliwe” – to znak, że żyje w innej rzeczywistości. Nie wiem, czy rodzice tej małej są zapracowanymi biznesmenami i nie mają dla niej czasu. Nie wiem, czy jurny młodzieniec pochodzi z marginesu – chyba nie, skoro chwalił się posiadanym samochodem. Wiem natomiast, że zanim zacznie się mówić o „ochronie młodzieży przed zepsuciem” i „propagowaniu zdrowych wzorców”, należy uświadomić sobie stan faktyczny. Dopóki nie stanie się oko w oko z prawdą, nie można nic zmieniać.

Wiem, to tylko jedna dziewczyna. Może ten koleś kłamał...


Anna Zawadzka do góry!





Puls studenta, nr 32: czerwiec 2001
stat4u