Homoturistikus


Polska egzotyczna


Hajnówka
fot. WITtos

Szaleństwa, radości, poznania nowego, spróbowania egzotycznego, dostrzeżenia indywidualności oraz uczucia przyjaźni i bliskości oczekuje niejeden świadomy (bądź też nie) swoich potrzeb student. Tak rozbudowany wachlarz oczekiwań może jednak być niezwykle trudny do zrealizowania, co w konsekwencji prowadzi do frustracji „niezaspokojonego” młodego człowieka. Oczywistym jest, ze żaden dorosły (w szczególności) pracownik naukowy, przewodnik dydaktyczno – życiowy nie chce pozwolić, aby taki los spotkał jego podopiecznego. Studenci geografii turyzmu i hotelarstwa mają również to szczęście, że ich los jest bliski sercu trojga ciągle młodych, jak i gniewnych ludzi, którzy podjęli w maju roku 2001 próbę zorganizowania egzotycznej i niezwykle magicznej wyprawy... POLSKA EGZOTYCZNA. Nie był to jednak pierwszy, lecz czwarty z kolei zryw tej grupy i na pewno należał do udanych. Przyniósł on bowiem zadowolenie nie tylko studentom, ale i samym koordynatorom. Należy w tym momencie zaznaczyć wszelkie korzyści, które czerpali nasi trzej muszkieterowie, a w zasadzie dwaj i jedna „muszkieterka”. Już pierwszego dnia wyprawy, sunąc z lekka zawodnym autokarem marki Jelcz, poczuli się, jak bohaterowie filmu science fiction. W osiągnięciu takiego efektu pomogły: przejechany dystans mierzony w latach świetlnych, dwa utracone lusterka, z których jedno wpadło do wnętrza wehikułu rozsypując się niczym gwiezdny pył, przybyły z odległych studentom światów przewodnik alumn w Sanktuarium Maryjnym Kałków – Godów, plejada postaci Panoramy Świętokrzyskiej, a przede wszystkim kosmiczna pilotka zwana „Szara” wraz ze swym szalonym zespołem. Studenci zorientowali się jednak szybko, że pracownicy naukowi nie czują się najlepiej w zaproponowanej „przestrzeni niebieskiej”, gdy na wieczornym spotkaniu z piorunującą siłą zostali sprowadzeni na Ziemię. Okazało się, że grupa przewodnicko – pilotująca wyleciała w kosmos odstępując od wszelkich reguł „zawodowych”, a reszta studentów poruszała się niczym w stanie nieważkości. Drugi dzień zdawał się świadczyć, że młodzieży odechciało się eksperymentów, które mogłyby poraz kolejny zdezorientować organizatorów. Pod wodzą jak zwykle niezawodnego i odpowiedzialnego „Witosa”, grupa pilotów zabrała nas w krainę tarnobrzeskiej siarki i malowanych domów w Zalipiu. W profesjonalny sposób pokazała wszelkie atrakcje regionu, zbaczając na pozór specjalnie z zaplanowanego szlaku i klucząc po nieznanych wiejskich dróżkach. Niespokojna jednak, że dostarczyła za mało rozrywki postanowiła nas zakwaterować w rzeszowskim schronisku, w dwóch pokojach, osiemnasto- i trzydziestodwuosobowym. Gwar panował w nich do późna, gdyż każdy oczekiwał w napięciu następnego dnia. Wszyscy mieli bowiem nazajutrz oddać się w ręce pięciu nad podziw roztrzepanych kobiet. Dzień trzeci okazał się oczywiście wielką przygodą. Wśród wielu atrakcji należy wymienić Casus Przeworska. Dał on odczuć się wszystkim uczestnikom w postaci problemów z dotarciem do zaplanowanych miejsc. Przewodniczka nie bacząc na skwar i nocne zmęczenie studentów prowadziła grupę jak najdłuższą drogą, wiodącą to w górę, to znowu w dół, również poprzez małomiasteczkowe targowisko. Wszystkie wyłaniające się przed nią uliczki, prowadzące prosto do obiektu wydawały jej się niezwykle podejrzane. W obsesyjnym strachu przed najprostszymi rozwiązaniami utwierdziły biedną panią przewodnik koleżanki z grupy pilotującej, które w niewyjaśnionych okolicznościach na pewien czas zaginęły. Zmęczona brać studencka mogła liczyć na wypoczynek dnia czwartego. Plenerowe spacerki po Roztoczańskim Parku Narodowym, żurek i podpłomyki w zagrodzie w Guciowie oraz zakupy w Browarach Zwierzynieckich z pewnością uatrakcyjniły ten dzień. Zapisał się on jednak w pamięci wszystkich, wspaniałym wystąpieniem studenta, mającego wprowadzić zarówno zainteresowanych, jak i niezainteresowanych w świat etnografii Roztocza. Prelegent doprowadził tłum do łez, wywołując również niespotykany wcześniej efekt tarzania się po trawie Oceniającej Trójcy. Dzień piąty minął powoli, lecz kolejne dni uciekały jak szalone. Dnia następnego Jabłeczna przywitała wszystkich spokojem poranka i radością zieleni. Wszyscy pełni entuzjazmu poznawali sekrety prawosławnej religii i architektury, oprowadzani po cerkwi p.w. św. Onufrego przez niezwykle sympatycznego, jak również przystojnego brata zakonnego. Nie była to jedyna atrakcja tego dnia. Kolejnym miejscem odwiedzin były Kostomłoty, gdzie w jedynej w Polsce cerkwi unickiej, przywitał wszystkich wspaniały gawędziarz – ojciec Piętka.

Kodeń, Pratulin, Janów Lubelski będące kolejnymi przystankami zachwycały niektórych, natomiast innych napełniały tęsknotą. Wywołało to, na niespotykaną dotąd skalę, oblężenie wszystkich budek telefonicznych, przy jednoczesnym ignorowaniu przewodników. Dopiero na Św. Górze Grabarce, przyszedł czas na wyciszenie oraz uspokojenie rozszalałych emocji. Poraz kolejny wszyscy zapragnęli poczuć w pełni tchnienie prawosławia. Dzień ten był także nie lada gratką dla pasjonatów fotografii, którzy już od początku wyprawy, wywarli znaczny wpływ na "image" grupy. Niczym studenci wydziału operatorskiego PWSTTviF próbowali utrwalić piękno krajobrazu i architektury. Jedyny problem polegał na nadmiarze fotografów w stosunku do miejsc dogodnych do uchwycenia tego piękna. Tak też, przed każdym obiektem rosły kolejki fotoamatorów, a na różnych kliszach pojawiały się te same ujęcia.

Dnia siódmego okazało się, że kierowca – Adam nie jest wstanie poskromić niepokornego Jelcza, niechętnego do wspomagania kierownicy. Plan dnia musiał zostać zmodyfikowany i grupa zamiast zwiedzać barokowy Białystok rozkoszowała się smakiem piwa w Hajnówce, w barze u Wołodii. Wszechobecny i niepowtarzalny klimat Rosji Radzieckiej, połączony z atrakcjami w postaci przymierzania radzieckich mundurów dostarczył wszystkim mnóstwo radości i sprawił, że niewielu chciało opuścić ten niezwykły lokal. Następnie, nie do końca sprawnym autokarem, wszyscy udali się domu Łapczyna, gdzie uczyli się wyrabiać z osiki drewniane łyżki. Kolejną atrakcją było odwiedzenie kolonii Wasilówka, gdzie tkaczka dwuosnowowa powitała grupę przepysznym poczęstunkiem. Ten regionalny obiad na świeżym powietrzu po pewnym czasie przybrał formę tradycyjnego polskiego wesela, rozbrzmiewającego kawałkami pieśni biesiadnych. I właśnie ten moment można uznać za początek prawdziwej podróży kulinarnej. Okazało się bowiem, że już do końca wyprawy wygłodniali studenci, będą mogli delektować się smakiem nieznanych im do tej pory potraw. Dnia następnego czekał na nich arcysłodki cymes w żydowskiej restauracji w Tykocinie, a dzień dziewiąty zaskoczył wszystkich ilością i sytością litewskich potraw. Oczekiwane dnia siódmego meczety i mizary w Bohonikach i Kruszynianach niektórych zachwyciły, lecz znaczną część rozczarowały. Okazało się, że są to tylko symbole umierającej kultury, a prawdziwego Tatara nie sposób tu znaleźć. Ostatnie dni wyprawy wykorzystywane były jako czas na rozkoszowanie się przepiękną tego roku wiosną. Promienie majowego słońca smagały wszystkie buzie, pozostawiając swój ślad w postaci czerwonych nosów. Każda łąka była potencjalnym punktem leniuchowania i nie sposób było zachęcić kogokolwiek do większej aktywności. Porozciągane ciała studentów na głazach narzutowych w Bachanowie, przypominały wylegujące się wielkie jaszczurki.

Nieunikniony koniec Polski Egzotycznej nastąpił dnia dziesiątego, o którym nie sposób pisać. Cały autokar wypełniony był pozwijanymi na wszystkie możliwe sposoby „zwłokami” studentów, nie mających ochoty przez dziesięć godzin podróży otworzyć choćby jednego oka. Z tegoż względu również autor tych wspomnień nie jest w stanie przybliżyć nic więcej poza rodzącymi się wtedy w jego głowie snami. Tylko rozstanie pozostanie na pewno w pamięci wielu. Niejednej osobie zakręciła się wówczas w oku łezka wzruszenia i żalu, że to już koniec, czegoś pięknego, egzotycznego, niepowtarzalnego i radosnego. Czegoś, co nie jest łatwo opisać, a co można tylko delikatnie naszkicować. I tak też, jak radził Arystoteles „Wystarczy może, jeśli opracowanie naszego przedmiotu osiągnie ten stopień jasności, na jaki przedmiot ten pozwala; nie we wszystkim bowiem wywodach trzeba szukać tego samego stopnia jasności.”


Tom Tom do góry!





Puls studenta, nr 32: czerwiec 2001
stat4u