Homocyber


Mięso, maszyna, marzenia

Rozprawiać o ciele można by długo. Można posłużyć się dyskursem religijnym, filozoficznym, medycznym lub antropologicznym. Dodać kilka refleksji o ciele znajdującym się w orbicie oddziaływań mody, technologii czy mediów. Okrasić wątkami genderowymi lub cyberpunkowymi. Efektem takich rozważań byłby opasły tom, niewątpliwie zasługujący na miano dzieła życia.

Ambicje tego tekstu są jednak daleko skromniejsze. Chciałabym zawrzeć w niej głównie kilka „dopisków na marginesie” tekstu Krzysztofa Loski „Człowiek i maszyna, czyli ciało technologiczne w epoce nowych mediów” i artykułu Agnieszki Ćwikiel „Metafora cyborga ciało przyszłości”1.

Skłonna jestem przychylić się do popularnej koncepcji, że w epoce „nowych mediów” usprawiedliwionym jest myślenie o człowieku jako o maszynie. Ale wydaje mi się, że warto traktować tę ideę metaforycznie, zamiast ograniczać ją do konstatacji, że dzięki oszałamiającemu rozwojowi medycyny, i technologii w ogóle, stajemy się składnicą części wymiennych i implantów. Sądzę, że równie ważne jest to, że człowiek sam o sobie myśli jako maszynie, domagając się od swego ciała przewidywalności i niezawodności przypisanej tworom sztucznym.

I dlatego myślę, że przywołaną przez Krzysztofa Loskę tezę Artura Krokera2 o dwóch tendencjach ponowoczesności w traktowaniu ciała, można by uzupełnić. Otóż Kroker uważa, że z jednej strony jest to epoka projektowania ciała poprzez tzw. zdrowy tryb życia: sport, właściwe odżywianie, pielęgnację ciała, a z drugiej czas stopniowej realizacji marzeń o uwolnieniu się z ograniczeń cielesności. I, jak rozumiem, traktuje tę dwoistość jako przeciwstawne opcje. A mnie się wydaje, że jak zawsze można szukać „trzeciej drogi”. Syntezy dwóch rożnych wariantów.

Być może wynika to z mojego braku otwartości na futurologię, ale uważam, że wciąż jesteśmy dalecy od możliwości realizacji marzenia o wyrwaniu się z „pęt cielesności”. Poza tym w owym marzeniu pobrzmiewa sędziwy biblijno-kartezjański dualizm: dusza (umysł) – ciało. A przecież można by się zastanawiać, czy „chwilowo” nie przeżywamy radości z odzyskania naszych ciał, czy w ostatnich dziesięcioleciach nie zanegowaliśmy wreszcie tego dręczącego ludzi przez wieki napięcia między ciałem a umysłem. Powodów tej wzrastającej integralności można by wskazywać wiele. Pozostając jednak na gruncie refleksji o nowych mediach, warto przywołać słowa Derricka de Kerckhove: „Obecnie w epoce łączności, potrzebny jest nam coraz silniejszy kontakt z samym sobą. Przez oddziaływanie bezpośrednio na nasz system nerwowy, technika elektroniczna emuluje zmysły. Telewizja w latach sześćdziesiątych wstrzyknęła potężną dawkę doznań sensorycznych i spowodowała orgię powtórnego odkrycia własnych zmysłów. Wraz z nadejściem epoki komputerów, ta tendencja została obrócona w odczucie własnej organicznej integralności.”3

Wydaje mi się zatem, że jeśli rzeczywiście pragniemy uwolnienia z ograniczeń cielesności, to paradoksalnie (a może zupełnie logicznie) jedynym dostępnym aktualnie sposobem zbliżania się do tego celu jest właśnie „body building”. Żeby ciało nie stawiało zbyt wielu ograniczeń musi być sprawne. Zajmujemy się nim, inwestujemy w nie, ulepszamy, żeby nie sprawiało większych kłopotów. Choroba ciała to przecież nie tylko skrępowanie życiowej aktywności. „Wiemy” już, że większość dolegliwości somatycznych wpływa na naszą psychikę. I nie chodzi tylko o to, że choroba odbiera nam dobre samopoczucie. Znacznie groźniejsze jest to, że niektóre schorzenia zasadniczo zmieniają naszą świadomość. Chora trzustka potrafi wydzielać toksyny, które krążąc po całym ciele, wywołują również zmiany pracy mózgu. Uraz mechaniczny, maleńki guz mogą z dnia na dzień uczynić z nas „innego człowieka”. To oczywiście musi budzić lęki i utopijne marzenia wyrwania się z dyktatu procesów biochemicznych.

Ale doprawdy trudno pojąć mi, czym miałaby być owa pożądana „bezcielesna świadomość”. Oczywiście rację ma Agnieszka Ćwikiel4, pisząc, że „wszystko, co wiemy o ciele, jest dla nas formą dyskursu”. I nie sposób tym samym uciec od aksjologii czy doświadczeń podmiotu biorącego udział w tym dyskursie. Może dlatego że dane mi było kiedyś widzieć ludzki mózg (i to bynajmniej nie wirtualny), nie bardzo potrafię wyobrazić sobie, czym miałby być częsty bohater cyberpunkowy zwany „czystym mózgiem”. Mózg to „mięso”. Bardzo mięsne mięso. Które przy odpowiedniej konserwacji, póki co, może przetrwać znacznie dłużej niż „funkcje psychiczne”.

Tym bardziej więc intrygująca wydaje się koncepcja, którą lansuje Hans Moravec, przywoływana przez Loskę i Ćwikiel, o bliskiej już możliwości wydzielenia z tkanki mózgowej „podstawowych funkcji psychicznych” i przeniesienia ich do komputera. Taka wizja zdaje się wykraczać poza rozmiary „mojego” dyskursu. Nawet jeśli na chwilę „wyłączę” najbardziej zideologizowane, i być może kompletnie ignoranckie, przekonanie o nierozłączności ciała i umysłu, to padam ofiarą innego „paradygmatu”. W iście „technopolowy” sposób rozumuję, że zawsze jest jakieś oprogramowanie i jakiś osprzęt. Można dążyć do ich coraz większej integracji, tak by już nie dało przeprowadzić się granicy między software a hardware. Ale „czysty program” wydaje mi się taką samą abstrakcją jak „czysty mózg”. A zatem, w tym, co przewiduje Moravec widzę jedynie zastąpienie „mięsa” „żelastwem”. Nie ma ucieczki od „osprzętu”. Może być „biologiczny”, „naturalny”, „mechanistyczny”, „elektroniczny”. Ale trudno mi wyobrazić sobie jego całkowite zaniknięcie. Choć to oczywiście ideologia i kwestia wiary w istnienie bez materii. A dopóki mamy do dyspozycji jedynie zmianę rodzaju „osprzętu” marzenie o bezcielesności nie da się spełnić. Środowisko cyfrowe może być przyjaźniejszym i bardziej elastycznym pojemnikiem dla naszej świadomości. Ale wciąż istnieje ryzyko dolegliwości „somatycznej”. Od, najprostszego do wyeliminowania, problemu wyłączenia prądu począwszy. Zawsze może trafić się jakiś „wirus”. który zanim zostanie usunięty przez specjalistów zdąży „zjeść” kilka elektronicznych tożsamości. I jeśli oddalibyśmy komputerowi swoje „podstawowe funkcje psychiczne”, nie pozostawiwszy ich „na wszelki wypadek” zapisanych na biologicznej dyskietce, nie na wiele by się zdało wyzwolenie umysłu z cielesności. Być może to efekt opóźnienia technologicznego zamieszkiwanej przeze mnie szerokości geograficznej, albo mój osobisty neurotyzm, ale przeżywam spory niepokój za każdym razem kiedy powierzam komputerowi jakiekolwiek twory mojego umysłu (bo komuż z nas komputer czegoś nie „połknął”?). A co dopiero mówić o oddaniu samego umysłu na pastwę tegoż urządzenia.

Dlatego w najbliższej przeszłości nadal będziemy „wyzwalać” się od ciała nie tyle uciekając z niego, co otaczając je coraz większą troską. W zamian oczekiwać będziemy od niego sprawnego i przewidywalnego funkcjonowania. Tak by ciało nie sprawiało problemów, które mogły by naszej psychice przeszkodzić w coraz większej ekspansji. A także by było podatnym na kształtowanie „znaczącym”. Bo nie zapominajmy o tej funkcji pełnionej przez ciało, wspomaganej siłą napędową ikon zamieszkujących reklamę, media, modę. Nasze ciało oprócz biologicznego „pojemnika” jest również wizerunkiem. A wizerunek jest produktem naszej kreacji, wytworem raczej kulturowym niż „naturalnym”. Ale „designowanie” ciała wymaga niejednokrotnie ingerencji w biologię. Po raz kolejny dostrzegamy więc trudności, które pojawiają się przy obstawaniu przy wielowiekowym dualizmie umysł – ciało. Niewykluczone, że obrońcami tegoż dualizmu, dążącymi do realizacji marzenia o definitywnym wyzwoleniu się z okowów ciała będą ci, którzy nie będą potrafili tak zaprojektować swojego ciała by odpowiadało pożądanemu wizerunkowi. Ci których pragnienia zmiany lub kształtowania tożsamości nie będą mogły być dogonione przez rozwój medycyny, chirurgii plastycznej, obyczajowości. Wybiorą więc tańsze, skuteczniejsze i łatwiej odwracalne możliwości, jakie wkrótce zapewne zaofiaruje rzeczywistość wirtualna. I chyba z tego grona rekrutować będzie się największa ilość marzycieli wierzących w „czysty mózg”.

Reszcie może być trudno zrezygnować z niezliczonej ilości wrażeń zmysłowych, których dostarcza żywot zanurzony w „mięsie”. Zwłaszcza, że o większości doznań trudno nam orzec, czy są bardziej cielesne czy mentalne. Kiedy osiągam „upajającą” prędkość podczas jazdy rowerem, to nie wiem, czy stan, jaki wtedy staje się moim udziałem jest fizjologiczny, umysłowy czy nie przymierzając duchowy. Nie różnicuję go na pracę płuc i nóg, działanie przekładni czy zębatek mojej mechanicznej protezy (przez niektórych zwanej po prostu rowerem) oraz satysfakcję ideologiczną, która w pędzie i szumie wiatru doszukuje się jakiejś mitologii. Ale moje poczucie integralności może zostać łatwo naruszone. Wystarczy, że przerzutki roweru nie działają dobrze, moja kondycja jest fatalna albo interfejs siodełko-wiadoma część ciała okaże się przy dłuższym działaniu niedoskonały. Wtedy moja uwaga koncentruje się na szwankującym aspekcie „osprzętu”. Odczucie pełni doświadczenia umyka bezpowrotnie. Co potwierdza (albo rodzi) moją tezę o inwestowaniu w osprzęt jako najpewniejszej strategii unikania zniewolenia przez tenże.

Oczywiście nie można wykluczyć, że owej niezliczonej ilości wrażeń zmysłowych poszukiwać będziemy w rzeczywistości wirtualnej. Ale tym bardziej odczujemy, jak wiele zależy od jakości „osprzętu”. I bynajmniej nie będziemy dużo bliżej realizacji utopii „czystego mózgu”.

Ale to uparte marzycielstwo, nieustające pragnienie wymknięcia się nieuchronności przemijania – czy to przez utopijne idee czy przez „body building” – nie powinno przerażać. Przecież dowodzi jedynie, że Homo Cyber aż tak bardzo nie różni się od wcześniejszych wcieleń Homo Sapiens. I również stara się jak może zapomnieć o tym, że w końcu każdy robi się „mały i pokurczony”. Mimo tenisa, jak dodałby Beckett. Mimo maszyny, jak mogliby dodać co błyskotliwsi z nas. A nawet mimo maszyny Turinga, jak dodaliby co błyskotliwsi i bardziej wtajemniczeni.


Marzena Wiśniak do góry!





1. Oba w „Kulturze współczesnej”, nr 1-2, 2000

2. A.Kroker, M.Kroker (red), Body Invaders, Montreal 1987, za K. Loską

3. D. De Kerckhove, Powłoka kultury. Odkrywanie nowej elektronicznej rzeczywistości, przeł. W. Sikorski, P. Nowakowski, Warszawa 1996

4. A. Ćwikiel Metafora cyborga – ciało przyszłości, "Kultura współczesna", nr 1-2, 2000

Puls studenta, nr 32: czerwiec 2001
stat4u